Pocztowy gigant kontra pani z kiosku

Parę dni temu wybrałem się na pocztę, żeby nadać paczkę z prezentem dla swojej chrześnicy. Była to już trzecia próba w tym tygodniu – z poprzednich dwóch musiałem rezygnować bo spiesząc się nie miałem czasu stać w kilkuosobowej kolejce. Tym razem kolejka również mnie nie ominęła, jednak czas mniej mnie już gonił, więc postanowiłem dzielnie stawić jej czoła. Swoją drogą, jest coś niesamowitego w fakcie, że w placówkach największego pracodawcy w naszym kraju (bo takim jest Poczta Polska) tak często są kolejki.

Mój problem polegał jednak na tym, że nie miałem koperty bąbelkowej, w którą chciałem zapakować prezent.  Na szczęście w tym samym pomieszczeniu, niejako we wnęce, zobaczyłem prywatny sklepik z rozmaitymi okołoprzesyłkowymi akcesoriami. Bez żadnej kolejki kupiłem tam kopertę i bez specjalnych nadziei spytałem, czy nie mógłbym nadać przesyłki tutaj.Oczywiście mógłbym nadać ją jako zwykły list. W końcu kiosk jest prywatny – skoro Pani może zarobić na znaczkach, to dlaczego ma ich nie sprzedawać. Ta logika nie zawsze obowiązuje jednak na poczcie – w jednych okienkach pewne rzeczy zrobić można, w innych niestety nie.

Jednak bądź co bądź w miarę wartościową paczkę wolałem nadać za jakimś potwierdzeniem, a zatem jako list polecony. O tak, nie jako paczkę, tylko jako list polecony! List polecony, moi drodzy, jest bowiem tańszy niż paczka, więc jako racjonalny konsument nie mam żadnego uzasadnienia do wysyłania małych (<1 kg) paczek jako paczek, pomimo tego, że w cenniku Poczty istnieje pozycja paczki lżejszej niż 1 kg. Naiwnie wierzę jeszcze, że istnieje jakieś uzasadnienie tego absurdu.

Listu poleconego w kiosku nie będącym okienkiem pocztowym nadać nie mogę. Formalnie nie mogę, bo ku mojemu zdziwieniu, po zamienieniu dwóch zdań pani z kiosku zaproponowała, że jeżeli kupię gazetę, to ona przyjmie ode mnie list i zaniesie go paniom z poczty. No cóż, zainwestowałem więc 99 groszy w Słowo Wrocławian (w którym, ku mojemu zaskoczeniu, na drugiej stronie był zresztą artykuł o najważniejszych reformach wg uczestników konkursu organizowanego przez Instytut Misesa) i po krótkiej chwili miałem potwierdzenie nadania i mogłem wracać do domu. Pani miała zresztą własną wagę, którą ważyła przesyłki, więc wnioskuję, że nie robiła dla mnie wyjątku. Ot, po prostu – sektor prywatny wykorzystując dostępne mu możliwości postanowił zarobić nieco na nieefektywności pocztowego giganta.   Zresztą zaraz po mnie z takiej samej „usługi” chciał skorzystać kolejny klient. Niestety Słowa Wrocławian już nie było, a pani utrzymywała, że jakąś gazetę trzeba kupić. Wybór nie był duży – Polityka i National Geographic za kilkanaście złotych. Na „Politykę” pan się nie zdecydował – zapewne stanie w kolejce wycenił niżej niż 5 zł (ewentualnie z ideologicznych powodów nie wspiera takich wydawnictw). Na szczęście za chwilę znalazło się jeszcze jedno Słowo Wrocławian.

Oczywiście każdy wielokrotnie słyszał już o zagubionych przesyłkach i innych dziwnych sytuacjach, więc powyższa historia pod tym względem nic nowego nie wnosi. Nie chcę zresztą dołączać do szeregu krytyków Poczty deklarujących, że całą tą firmę trzeba rozgonić na cztery strony świata. Opisałem tą historię, bo jest dla mnie świetnym przykładem tego, jak ludzie reagują na bodźce i jak „nie od przychylności rzeźnika, piwowara, czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes”.

VN:F [1.9.20_1166]
Rating: +6 (from 6 votes)
Share

Student matematyki ekonomicznej na Politechnice Wrocławskiej. Zainteresowany systemem finansowym i makroekonomią.

Komentarze: